Stowarzyszenie Thunder Independent - ul. Józefa Szanajcy 18A lok. 4, 03-481 Warszawa - Polska
80 rocznica zrzutu por. Leona Gradowskiego
W dniu 21 października 2023 roku, na cmentarzu parafialnym w Skolimowie, uroczyście uczciliśmy 80 rocznicę zrzutu por. Leona Gradowskiego – spadochroniarza Akcji Kontynentalnej, zrzuconego w dniu 17.10.1943r., na terenie Albanii w okolicy Jeziora Ochrydzkiego.
Z kilkudniowym opóźnieniem, ale jednak, udało się również zamontować pamiątkową tablicę na grobie oficera.
Stało się tak przy zaangażowaniu niezawodnych ludzi z Laser Media oraz osobistego zaangażowania pana Sebastiana Sokoła z zakładu kamieniarskiego w Konstancinie Jeziornej, który tablicę zamontował oraz zobowiązał się do odnowienia nagrobka we własnym zakresie. Dziękujemy.
Uroczystość w Skolimowie była pewną, logiczną konsekwencją działań, które podjęliśmy na początku września, kiedy to delegacja TI wyruszyła w podróż na południe Europy w trasę ponad 4500 km, choć niektórym z kolegów, ze względu na dojazd i powrót z miejsca startu wyprawy, wyszedł grubo ponad 5 tysięcy. Jednym z głównych punktów tej wyprawy było odwiedzenie okolic miejsca, gdzie por. Gradowski został zrzucony w 1943 roku oraz przekazanie lokalnej społeczności pamiątkowej tablicy opisującej właśnie to wydarzenie. Tablica została umieszczona w pobliskim kościele, znajdującym się przy granicy macedońsko – albańskiej, w okolicach miejscowości Lin.
Mamy nadzieję, że będzie przypominać zwiedzającym o niewątpliwym polskim wkładzie w walce o albańską niepodległość. Opis podroży w bałkańskie regiony przedstawiamy Wam osobno.
Por. Gradowski należał do niewielkiej, 20-to osobowej grupy agentów Special Operation Executive (SOE), którzy zostali zrzuceni poza obszarem Polski, w celu organizacji działań przeciwko niemieckiemu okupantowi.
Istnieje kilkanaście przekazów czy zapisów dotyczących burzliwego i pełnego przygód życia naszego bohatera, niemniej postanowiliśmy skorzystać z zapisów wykonanych przez jego syna Michała Gradowskiego, uczestnika Powstania Warszawskiego walczącego w batalionie KB Sokół.
Por. Leon Gradowski vel Michael Lis
07.07.1908 – 8.08.1994r.
Żołnierz, którego dzieje i wyczyny mogłyby być świetnym materiałem do wyreżyserowania dobrego, sensacyjnego kina akcji, a którego historia jest wciąż stosunkowo mało znana w naszym kraju.
Jak napisał Michał Gradowski: „Burzliwe koleje jego wojennych losów obfitują w tyle przedziwnych zdarzeń, że można by o nich grubą książkę napisać. Któryś z jego angielskich przyjaciół powiedział, że jego życia starczyłoby na kilka życiorysów, nawet gdyby to miały być też życiorysy Polaków”
Por. Gradowski urodził się 7 lipca 1908 roku w Babszynie, niewielkim dworku położonych niedaleko Kamieńca Podolskiego gdzie spędził pierwsze lata swojego życia. Uczęszczał do gimnazjum w Chyrowie, a następnie został przyjęty na studia na Uniwersytecie Louvain w Belgii.
Zanim jednak na stałe osiedlił się w Belgii, wrócił do kraju i odsłużył podchorążówkę w Grudziądzu, jako że odbycie służby wojskowej uważano wtedy za punkt honoru – ten pogląd już dziś należy do reliktów przeszłości. Lecz w tamtych czasach nie była to czcza gadanina – wrzesień 1939 r. zastał podchorążego Gradowskiego w jego macierzystym 24 Pułku Ułanów wchodzącego w skład zmotoryzowanej brygady gen. Maczka.
I tu zaczął się nieprzerwany ciąg jego wojennych przygód. Kiedy pod Przemyślem wysłany na patrol został ranny i odcięty przez Niemców, chciał wyrwać się z okrążenia znalezioną gdzieś ciężarówką. Po drodze załadował do niej wszystkich rannych z napotkanego przypadkiem polowego punktu sanitarnego i kiedy przemykał bocznymi drożynami, zatrzymał się jeszcze na chwilę, by przyczepić z tyłu porzucone w rowie działko p-panc. Boforsa.
Z tym całym bagażem wyślizgnął się Niemcom jak piskorz i wrócił do swoich. Wniosek o Krzyż Walecznych w całym tym zamieszaniu nigdy nie został zatwierdzony, prawie cała brygada przeszła do Rumunii, a nasz podchorąży dostał się do niewoli sowieckiej i ani się obejrzał – już siedział w Starobielsku. Jakiś czas potem zaczęto wywozić jeńców w nieznanym kierunku, a kiedy i na niego przyszła kolej, natychmiast zaczął szykować się do ucieczki. Znał bolszewików z dzieciństwa i wiedział, że niczego dobrego nie należy się po nich spodziewać. Namawiał przyjaciół, by z nim wyskoczyli przez wyłamane okienko w bydlęcym wagonie, ale poczucie bezpieczeństwa pod osłoną konwencji genewskiej oraz głębokie przekonanie, że wojna skończy się za dwa miesiące, zniechęcały panów oficerów do ryzyka. Podchorąży wyskoczył z dwoma przypadkowymi młodziakami, a po jego towarzyszach podróży wszelki ślad zaginął.
Potem była okupacyjna Warszawa, konspiracja, wyślizgiwanie się z zasadzek gestapo i wreszcie droga kurierskim szlakiem do Budapesztu i dalej na południe. Był już blisko granicy jugosłowiańskiej, kiedy dopadli go Niemcy i w kajdankach gdzieś wyekspediowali pociągiem w asyście dwu żandarmów. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności drzwi od toalety otwierały się na zewnątrz, odgradzając na sekundę więźnia od konwojentów. Skacząc z pociągu, nie mógł wybierać miejsca i niespodzianie uderzył w ścianę, bowiem na tym odcinku kolej biegła w skalnym wąwozie. Odbił się i upadł przy torach. Przejeżdżający nad nim pociąg o mało nie obciął mu rąk, ale za to skutecznie osłonił od strzałów konwoju. Błąkał się potem wśród skał, pracowicie usiłując przetrzeć kajdanki o ich ostre krawędzie. Wiedział, że niełatwo dogadać się Polakowi z węgierskim chłopem i choć głód go nękał, nie chciał schodzić do wiosek. W tej biedzie przyszła mu do głowy myśl zbawienna – przecież w każdej większej węgierskiej wsi jest jeden człowiek, z którym były uczeń Chyrowa dogada się bez trudu. W najbliższej plebanii wyjaśnił po łacinie księdzu swoją sytuację, zaś proboszcz nakarmił go sowicie i wyekspediował bezpiecznie z powrotem do Budapesztu.
Ponowną drogę ku naszym wojskom formującym się na Bliskim Wschodzie odbył nasz podchorąży w luksusowych warunkach – leciał do Stambułu niemieckim samolotem, mając w kieszeni „zlecenie ważnej misji” z dobrze podrobionym podpisem samego Goebbelsa. Choć i ta podróż obfitowała w momenty krew mrożące w żyłach, przecież zakończyła się przejazdem przez Stambuł taksówką w towarzystwie i na koszt konsula niemieckiego.
Potem była służba w Ułanach Karpackich i wielomiesięczne wojowanie w okopach Tobruku, ale kiedy Brygada odeszła na spokojne leże do Syrii, świeżo mianowany podporucznik nie mógł usiedzieć na miejscu i szybko załatwił sobie przeniesienie do Oddziału Specjalnego Sztabu Wodza Naczelnego. Miesięczny kurs w brytyjskim ośrodku szkoleniowym w Palestynie i nowy „Cichociemny” już był gotowy do skoku na tyły wroga.
Był to czas, kiedy Niemcom udało się zerwać nitkę, po której polscy kurierzy i poczta wędrowali przez Bałkany i trzeba było posłać odpowiednich ludzi, by założyli nowe placówki przerzutowe. Gdy w mglistą, jesienną noc skakał na spadochronie nad Jeziorem Ochrydzkim w Albanii już wiedział, że skończyły się jego romantyczne marzenia o powrocie do Kraju i walce w rodzimej partyzantce. Pod przybranym nazwiskiem Michael Lis przez dziewięć miesięcy odbudowywał drogę kurierów i wojował w albańskiej partyzantce. Nawiązał ścisłą współpracę z brytyjskimi oficerami organizującymi ruch oporu w Albanii i razem z nimi dzielił trudy i boje partyzanckiej wojny.
Kiedyś Niemcy otoczyli znaczne zgrupowanie partyzantów. Przygotowany przez Anglików plan wyjścia z matni nie przewidywał ratowania oddziałów „czerwonych” przypadkowo znajdujących się na tym terenie, bowiem współpraca z komunistami Enwera Hodży „nie leżała w sferze zainteresowań” misji brytyjskiej. Jednakże polski oficer stanowczo sprzeciwił się pozostawieniu na pewną śmierć czerwonych partyzantów i wtedy Anglicy znaleźli dyplomatyczne rozwiązanie – nas tu nie ma, a ty dowodzisz całością, bo w twoich wytycznych nic nie ma o współpracy z czerwonymi. Zaciekły bój o most w Dibra – jedyną drogę odwrotu dla „białych” i „czerwonych” – przeszedł do legendy partyzanckich walk w Albanii, a dowodzący całą operacją otrzymał od swoich Krzyż Walecznych, a od Anglików Military Cross i stopień kapitana armii brytyjskiej.
We wszystkich brytyjskich raportach z naciskiem podkreślano, że według relacji albańskich partyzantów Lis wyróżniał się w ogniu walki nie tylko ogromną odwagą, ale i niewyczerpaną wesołością. Bo też trzeba przyznać, że poczucie humoru miał on rozwinięte ponad przeciętność.
Po powrocie do bazy w Bari na terenie Włoch, raz jeszcze skakał na tyły wroga w północnej Italii, ale front posuwał się tak szybko, że niebawem był na powrót wśród swoich. Po demobilizacji jak wszyscy Polacy przeżywał trudny okres na obczyźnie. Wiedział, że z takim życiorysem nie ma co pokazywać się w stalinowskiej Polsce.
Dopiero po paru latach znalazł pracę zgodną ze swym wykształceniem (a trzeba przyznać, że na studiach obrał sobie specjalizację bardzo egzotyczną – hodowla bydła w warunkach tropikalnych). Kierował oddziałem wielkiej firmy produkującej środki zwalczania pasożytów zwierzęcych i choć biuro miał w Paryżu, głównym terenem jego działania była Afryka Środkowa.
Jakby mało mu było emocji wynikłych z pracy w tak egzotycznych warunkach, zrobił jeszcze licencje pilota sportowego, a z czasem nawet uprawnienia instruktorskie, zdobył uprawnienia żeglarskie i płetwonurka, kolekcjonował starą broń, polował, a wolne od pracy chwile spędzał na podróżach i dopiero po osiemdziesiątce choroba i starość ujarzmiły jego niespożytą energię.
Por. Leon Gradowski vel Michael Lis, Zmarł 8 sierpnia 1994 r. w Angers nad Loarą. Syn Michał przewiózł jego prochy do Polski i złożył je w rodzinnym grobie w Skolimowie pod Warszawą.
Syn określał go jako człowieka o łagodnym sercu, lwiej odwadze i niewyczerpanej wesołości, natomiast synowa jako miłośnika życia i znawcę kobiet.
W londyńskim Imperial War Museum, można do dziś oglądać rewolwer ze złotym autografem albańskiego króla Zogu, który Gradowski otrzymał w podzięce za swoje czyny.
Źródła:












